Sesja? Nie, po prostu koc na trawie i czas dla Was
Zawsze powtarzam, że spotkanie z fotografem wcale nie musi być „sesją” w tym sztywnym znaczeniu. Nie musi być ustawiania się pod słońce i czekania na komendę. Możemy po prostu pojechać do lasu, rozłożyć kocyk między drzewami i pozwolić dzieciom odkrywać świat w ich własnym tempie. Tak jak tutaj, bez planu, bez pośpiechu, za to z dużą ilością przytulania.
Las w tempie maluchów
Przy takich brzdącach jak te, nie ma sensu niczego planować. Najfajniejsze jest to, że nikt nie czuje presji. Maluchy są zajęte obserwowaniem liści albo po prostu siedzeniem na kocyku, a Wy macie chwilę, żeby po prostu odetchnąć i nacieszyć się sobą. Ja idę obok, rozmawiamy, a zdjęcia dzieją się same w międzyczasie. To ma być po prostu przyjemne popołudnie, z którego zupełnie przy okazji zostanie Wam garść autentycznych zdjęć.
Bez reżyserii i sztucznych póz
W lesie nie ma miejsca na sztywność, szczególnie kiedy macie na rękach takie maluchy. Tutaj liczy się to, że ktoś kogoś połaskocze, że usiądziecie na chwilę na wrzosach albo po prostu będziecie się do siebie tulić. Jako fotografka najbardziej lubię właśnie ten moment, kiedy zapominacie, że mam aparat. Wtedy powstają te ujęcia, na których jesteście najbardziej „Swoi”, bo bliskość w naturze wygląda najpiękniej
Spacer zamiast pozowania
Zamiast myśleć o tym jak o kolejnym punkcie do odhaczenia w kalendarzu, potraktujcie to jako rodzinny spacer. Zero stresu, zero przebierania się w sztywne ubrania, w których nie możecie wygodnie usiąść na trawie. Las wybacza wszystko, a natura jest najlepszym tłem, jakie można sobie wymarzyć, zwłaszcza dla tak małych odkrywców, którzy dopiero poznają świat.